29.12.2024
Ostatni wpis z 22.12.2024 nie wróżył nic dobrego. Moje myśli skupione, smutne i przerażone - co będzie? Jak to wszystko się potoczy? Czekały błogosławieństwa Świąt. Wyciągały ręce ku blasku Wigilii, żarliwie , lecz tak nędznie!
Ręce uBogie, jak nigdy wcześniej zanurzone
tylko w trwaniu w Nim.. by nic nie zdołało oddzielić marnej miłości od Jego
Chwały .. Tak..
Pracownia poezji jak mała szopka,
drżąca, pusta, wymarła.
Ostygły ściany z braku obecności
ludzi. Światło świec już tak nie ogrzewa. Nie ma blasku niespodziewanych
rozmów, ciekawych oczu zaglądających do środka, pytających, co tam się dzieje?
Książki pomarszczyły się lekko od wilgoci, widzę jak, nie czytane blakną.
Czasem się łapię na tym, że patrzę na nie długo
i intensywnie, wierząc, że od samego tego patrzenia, powrócą im dawne
barwy. Świt jest tak samo ciemny jak noc, albo nawet jeszcze ciemniejszy. Choć
wiem, że to wszystko tylko myśli, tak samo urokliwe jak i drętwe, to przerażenie
co będzie dalej, jeśli „tak dalej pójdzie” nie pozwala mi siedzieć bez
ruchu. To właśnie przez ten chłód, zimno
i ciemność podejmuję decyzję.
Lecz, czy nie tak właśnie jest z
tymi, którzy z Ducha Narodzili się? Przemieszczamy się z miejsca w miejsce,
ufając że droga jest ścieżką wzrostu i, że kiedyś dojdziemy Tam.. Wędrówka jest
zatem błogosławieństwem.. A, gdy ulica ciągnie w swój nurt ubogim trzeba iść
wraz z prądem rzeki… Przeniknięci nadzieją na lepsze ruszamy dalej, by odnaleźć
kąt, swój własny kąt, gdzie się pomieszczą dwa przyklęknięte kolana i dłonie
kwitnące w słońcu.
Jeszcze jeden krok. Światło tylko
na jeden krok…
Kiedy nie było prądu, to nie sam brak
prądu przeszkadzał mi najbardziej. Nie.. Lecz, brak prądu – napędu, energii,
która mogłaby stymulować moje działania. Nie wstydzę się przyznać przed przodkami, że nie chciałam użyć
lampy naftowej, że sparaliżowały mnie warunki, niegdyś w ogóle nie będące kryterium
funkcjonowania czegokolwiek! Lecz, nie o ten poziom metafory chodzi.. Gdyby to
było tak proste, wolałabym bardziej troszczyć się jedynie o oliwę w swojej
lampie.. By starczyło na przyjście Oblubieńca..
Ale tak przecież jest…
Ja tylko za oliwą wędruję, by zawsze
mieć zapas.. W nocy rozpalam żar swojego serca, czekając w ciszy, nasłuchuję..
Moja wędrówka jest prosta jak
most, przez, który przechodzę, budząc się troszkę bliżej Poznania. I ten most i
ta wędrówka, to wszystko bardzo symboliczne… Szukam poddasza, by pośród zgiełku
centrum miasta, być bliżej nieba… I tam mieć siły, tam, na dachu, gdzie
dachówki mienią się rubinem wschodu i zachodu, a ziemia, na tyle blisko by
czasem po niej stąpać jak należy, nie pochłania… Jest przedmiotem zachwytu i
widoków… Roztaczających się równin codzienności połonin…
Czy to znaczy, że już totalnie
oszalałam?
Szukam marzeń na poddaszu i, (najlepiej)
z windą w postaci anioła stróża.
Ale taka jest poezja, w której
wszystko jest możliwe i Mosty, które zawsze można zbudować, pomiędzy samym
sobą, ludźmi i Bogiem..
Światłość Bożego Narodzenia daje
mi otuchę i skupia myśli na radości ufnej i prostej. Na oczekiwaniu
niespodziewanego, bo Taki jest On, Inny niż wszystko Inne.. Błogosławiony,
nieskończony i Inny – wcale nie Obcy, lecz bliski, najbliższy, z rodziny.
Nakrywam do stołu przed wigilią
spoglądając na puste nakrycie. Puste? A może, tak naprawdę ono jest zawsze
pełne, kto wie? Może, to przy nim, nawet więcej osób siedzi niż na tych
miejscach zaplanowanych... Może to wcale nie krzesło jednoosobowe? Gdy miejsce
to zajmują najdrożsi zmarli, krewni, których zabrakło przy stole, ukochani
przyjaciele, znajomi, koledzy, Ci wszyscy, co akurat leżą w sercu, lub w myśli, nodze,
ręce, gdziekolwiek, ktokolwiek o kim myślisz, też jest dla niego to właśnie miejsce,
niespodziewanego gościa.. Już zasiada razem z wszystkimi do Wigilii.
I tak, jedno, puste miejsce jest
zajmowane bardziej niż wszystkie inne uzupełnione o ciała materialnie obecnych...
Nakrycie puste i pełne… Jak ciemna
noc przemieniona w jasność , lub moc truchlejąca i krzepnący ogień. Zaraz się
zaczyna Boże Narodzenie – noc pełna
kontrastów.. Gdy wszelkie braki mają swoje dopełnienie.
Dlatego czekam, siadając ufnie
wpatrzona w… Rozbrzmiewający Głos Anioła…
Słowo Stało się ciałem..
I tak Słowo – rozjaśnione przez
nadzieje oczekiwania zaczyna jaśnieć w nas..
Łamiemy się opłatkiem, siadamy do
wspólnej wieczerzy, rozdajemy prezenty, śpiewamy kolędy.. I Tak, stopniowo, Noc
się przerzedza i zstępują w moje serce pierwsze promyki światłości. Gdy dobra
nowina niesie się dalej i nie ma już nic tylko to żyjące Słowo.
Podejmuję decyzję.
Znajduję swoje miejsce… W Poznaniu,
na poddaszu. Jestem gotowa bo chcę, by pracownia poezji była uBoga, jeśli tak
ma wyglądać.. czuję, że tam się odnajdę.. Spróbuję..
Po raz kolejny orientuję się, że
przekonanie do czegoś to nie tylko siła napędowa, ale wytrwanie w chwili
kryzysu, to łaska podjętej decyzji, myśli i czynów.
Święta to czas łagodności przenikającej
przez dotyk… Pozwólcie sobie na czułość! To nic złego, chwytać się za ręce,
przytulić, pocałować w rękę. Okazać miłość najbliższym, rodzicom, przyjaciołom,
dziadkom… Za ich ciężką prace i trud wychowania, za miłość bezwzględną..
O dobra czułości świątecznego
drzewka!
która rozchylona prostotą piękna
skąpana jesteś w blasku i
kolorach.
choinko śliczna!
Pani kolędowa…
Gdy Ciebie jasność rozjaśnia,
na przekór smutnym ludziom radość
na skraju czasów
wybieram zieloną łagodność twojego
uścisku
i szopkę usłaną gałęziami
u progu Betlejem!
Łagodność buduję i wzmacnia i
czyni ze wszystkich prezentów najcudowniejsze niespodzianki, kiedy ucząc się o
tych, najbardziej zaskakujących prezentach, szukam legendy prawdziwej i jestem
pewna, że do przekazania tego co mam wam dzisiaj do powiedzenia, ich legenda i
ich wersja to ten ton historii, który wybrzmiewa, zaczyna.. we w mnie, w nas… w was..
uBoga,.. jak prezent pod choinkę ,
który jest opakowaniem czystym i, za razem tak pełnym Boga... Kiedy w dłoniach bez
grosza, zmieści się cała twarz, policzek, druga ręka ukochanej osoby, Kiedy w
ramionach wreszcie wolnych od dźwigania kamieni , jest przestrzeń na drugiego
człowieka, uścisk ciepły serdeczny i szeroki…
Kiedy uBoga to te stopy bose idące
po śniegu..
Szukam ich śladu, choćby nie było
mrozów i nie było śniegu.
Wiem, że zdarzają się takie wieczne
ślady, za którymi idę o zmierzchu w ciemnościach, ze światłem Narodzenia, kiedy
dni stają się dłuższe, już po czasie przesilenia, idę trzymając w dłoniach pełnię
Święta..
I tak przemierzam rzekę, boso , po
wodzie, ku centrum Miasta, Poznania, wszelkich rzeczy doznań i praw.. i ludzi dobrego serca..
Gdy poznanie jest tą wielką misją
cudu, przemiany...
Grudzień był dla mnie ciężki, jak
to zazwyczaj bywa, Adwent – skupiony w
ciemności i zimnie..
Ściany pracowni wymarzły jak te
skalne stropy w Grocie Narodzenia..
Nie ma ciepła, jest chłód, jak w stajence, u Boga
Nie ma ludzi, jest Bóg.. jak u
człowieka, co kocha
Nie ma nikogo a jest jakby cały
tłum – tych którzy uwielbiają chwałę Narodzenia..
Czeka mnie czas przenosin,
przemeblowań, rozkładania i składania i przede wszystkim, przeprowadzenia
swoich ulubionych książek na Poddasze..
Myślę, że gdyby poezja miała cały
wszechświat zająć w jednym Słowie… Nie trzeba byłoby się zbyt wysilać… Wszak, już tworząc to zapytanie użyłam więcej
jasności i blasku i przeniknęlam taką wiedzą, że wie już kto Boga nazywa
Bogiem, że nie ma Słowa większego , niż to które stało się Ciałem..
Pozostaję z wami, z radością i
pokojem.. Na codzienną odświętność.
uBoga
Komentarze
Prześlij komentarz