13.10.2024

 13.10.2024

Mija drugi tydzień od otwarcia. Zmęczenie zaczyna „brać górę” nad pomysłami… Czuję się bezsilna, mała. Szybko zapominam, że doścignięcie marzenia, to dopiero początek olbrzymiego maratonu.
„Jestem przerażona… Nic nie wyjdzie.. To bez sensu”

- Z takimi myślami biję się od początku tygodnia. Przede wszystkim; zwątpienie w siebie, w ludzi, którzy mi zaufali, w to, że nie dość to wszystko sobie obmyśliłam, że nie dość przygotowałam, że nie mam odpowiedniego zaplecza, by przetrwać najsroższą „zimę”.  Chęć ucieczki z „miejsca zdarzenia”, odsunięcie od siebie odpowiedzialności, towarzyszy mi od poniedziałku.
Jednak dzielnie przychodzę do uBogiej. Otwieram dłonie jej drzwi, gotowe przyjąć dar kolejnych dni. Upadając na chłodny bruk zwątpienia, klękam modląc się, by starczyło sił.

Przecież nikt jeszcze nie wie, że mam otwarte! To dopiero osiem dni? Może troszkę więcej… Lęk staje się głównym źródłem ciemności, przez które sama nie umiem przeprowadzać światła.

Do pracy! Jest tyle do zrobienia! Zaczynają pochłaniać mnie przygotowania do nadchodzących wydarzeń. Warsztaty, wieczór poetycki. Walentino i Dżamilo przychodzą po ciastka. Udaje mi się nakłonić ich do zaśpiewania krótkiej piosenki, ale fałszują okrutnie i jak znów przychodzą, dostają ciastko bez śpiewania.

Warsztaty dobra? Zasypiałam nad notatkami. Co mam powiedzieć? Czy to nie żałosny pomysł? Naprawdę coś takiego sobie wymyśliłam? Wdzięczność.. Jak wykrzesać w sobie wdzięczność kiedy we wszystko zaczynasz wątpić..

Bądź wdzięczna.. Ucz się wdzięczności..

Szept rozrywa moje „zawiedzone” serce. Skupiona na sobie nie dostrzegam tych wszystkich planów, zjawisk, cudów świata, które nie ustają, jak muśnięcia Anioła stróża… Zapominam, że każdy z nas zna imię swojego słońca, które potrafi dodać sił, pomaga przetrwać najtrudniejsze chwile, które oświetla mrok pomimo ciemności, wierzy, jest, nie ustaje. Wystarczy tylko przypomnieć sobie tę własną melodię… Zaśpiewać… Już rozumiem, że warsztaty dobra, to moja walka.  Mówię.. „Spróbuj każdego dnia, znaleźć choć chwilę na wdzięczność”… Mówię „Bądź wdzięczna” , lecz siebie nie słucham…

Po środowym załamaniu, przychodzi czwartek. Występ z okazji rocznicy urodzin Heliodora Święcickiego. Niesamowite wydarzenie, które oczyszcza mnie z lęku. Przytulając harfę do siebie, pozwalam wreszcie Mu działać.. Natchnienie ogarnia moje serce i gram najpiękniej jak potrafię.. Na Jego chwałę.. Gdy dźwięk przenika mnie całą, szepczę: „Twoją jestem.. uBogą”

Pracownia w nocy jest niesamowita.. Gwiazdy przenikają blask światła zorzą polarną… Pomiędzy szeptem zadumanych twarzy, można usłyszeć kolejne wersy wiersza…

„Gdy zaczynasz  nie troszczysz się o wiele…” ( rejs, metaforMy)

Piątek. Praca całego tygodnia zaczyna dawać o sobie znać. Udaje mi się zaplanować koncerty na listopad, zaprojektować bilety, skontaktować się z niesamowitymi ludźmi, popytać o warsztaty.  Energia innych ludzi uskrzydla mnie. Zainteresowanie pracownią wzrasta. Małymi kroczkami zaczynamy tworzyć razem.  

Ktoś puka,  uśmiechnięty przychodzi po „Wyznania” św. Augustyna…

„Biedakiem i nędzarzem jestem, a lepszy się staję tylko wtedy, gdy w głębi duszy boleję nad sobą i szukam Twego miłosierdzia, aż naprawi się we mnie to, co jest ułomne, i wreszcie osiągnę kiedyś ten pokój, którego nie widzą oczy pyszałka” ( św. Augustyn, Wyznania)

Wymieniamy się spostrzeżeniami na temat pracowni, wydarzeń, reklamy. Jestem podekscytowana. Chcę więcej… I od razu dostaję. Obok pracowni jest myjnia samochodowa, która potrzebuje około godziny na umycie auta. Jeden ich klient zagląda  do pracowni. Pyta o kawę.

- Właśnie uruchamiam ekspres do kawy! Na razie mogę Panu zaoferować tylko rozpuszczalną..

Zachwycony miejscem, poezją, harfą, nie przejmując się jakością kawy pozostaje na dłużej. Obiecuję mu, że jak tylko zainstaluję ekspres, dostanie prawdziwą kawę. To wszystko, chyba przez  piękno malowanej filiżanki… Wychodzi, lecz jeszcze chce zapłacić. „Ale mi Pani urządziła dzień! Coś wspaniałego!” – odwdzięczam się jeszcze większym zachwytem… Bądź wdzięczna…

Sobota wieczór, wybija dwudziesta. Otwierają się drzwi pracowni.

- Na mieście gadają, że tutaj jakiś salonik poezji otwarto! – woła od progu jakiś mężczyzna, uśmiechając się spod, fikuśnie zawiniętego wąsa. – A, że poeci cienko przędą, przyniosłem dwa jabłka ( tutaj przerywa, wymieniając gatunek jabłek) i powidła własnej roboty.

Wzruszona? Onieśmielona? Wyciągam rękę, by się z nim przywitać. Nie chce kawy, ani herbaty. Chce tylko słuchać.

Znów otwierają się drzwi – Staje w nich wspaniała kobieta, matka. Mówi, że dowiedziała się o pracowni od koleżanki.

- Jestem tu pierwszy raz – szepce lekko zawstydzona

- Ja też… Tak można powiedzieć, od tygodnia jestem tu pierwszy raz… - odpowiadam.

Powoli gromadzą się wszyscy… Palcami lekko dotykam strun, czuję jak dźwięk wibruje pod opuszkami. Zaczynam czytać..

„Kiedy umrę, zobaczę podszewkę świata.

Drugą stronę, za ptakiem, górą i zachodem słońca.

Wzywające odczytania prawdziwe znaczenie.

Co nie zgadzało się, będzie się zgadzalo.

Co było niepojęte, będzie pojęte” ( Sens, Czesław Miłosz)


uBoga

 

Komentarze