10.11.2024
- Znów wędrujemy ciepłym krajem
Malachitową łąką morza
Ptaki powrotne umierają
Wśród pomarańczy na rozdrożach
Na fioletowo-szarych łąkach
Niebo rozpina płynność arkad
Pejzaż w powieki miękko wsiąka
Zakrzepła sól na nagich wargach
(K.K.Baczyński – Znów wędrujemy)
Sobota wieczór. Blask świec lekko
wibruje wraz z powietrzem przenikając mrok. Echo staje się przenikliwsze, jak
popiół, rzucony w śnieżną noc.. Blask światła na ulicach z papieru.. Pośród
nich pracownia – jak kartka wyrwana poezji, słowa o domu i wędrówce.. Do snów przyprószonych
diamentami rozrzuconych promieni szkarłatnych łez... Tam, gdzie ludzie są czujniejsi bardziej na
ciszę i na wiatr grający na skrzypcach błądzących, gdzieś pod niebem ciał. W
tej chwili i ja nie doznaję niczego więcej, poza tą ciszą i głosu przenikań wzajemnych
świata dnia i nocy. Na skraju tygodnia stojąc, trzymam w rękach drżącą książkę –
tomik poezji Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.
Recytuję… Gdy uniosę głos wyżej,
palce muszą łapać rytm onomatopei, wystukując w powietrzu niewidzialne dźwięki.
Gdy ściszę głos do szeptu, stopom lżej byłoby iść, niż stać na tej niewidzialnej
scenie, niewidzialne oklaski zbierać wdzięcznymi rękami. Gdy zatrzymam się na
chwilę - tu.. wędrówki naszych słów
stają się takie bliskie
– Panie poeto…
Z karabinem w ręku, ponad gradem
strzał, ognistych sierpów koszących młodości kark, ty - mąż, nazbyt wrażliwy, by móc przetrwać, na
drugą stronę przejść – gdzie kończą się szlachetne ideały i koszmary.. Choć sen
wciąż trwa, jest życie ostrzem sztyletu – raniące pamięcią o tych, którzy
odeszli i tych, którzy ocaleli. Choć nazbyt wrażliwy by przeżyć – jesteś wieczny.
W dłoniach trzymam Twoją twarz - duszę –
pejzażem poezji wyrzeźbioną w jaspisie odwiecznych prawd. Mając tyle samo lat –
czuję się niby ptak utkany z wosku – Ikar lecący ku słońcu – co z tego, że
przyjdzie mi kiedyś spaść .
Bohaterem jesteś mojego uśmiechu. Czytam o tym sklepieniu, co i nade mną wciąż
trwa tak samo jak nad tobą – moją jest pełnią. I czuję drgania, niby echo
aniołów.
Głos wzlatuje wyżej, ponad pieśń o
malachitowej łące – dołączają się kolejni i słychać już jak; śpiewa ona i on, radość
tej chwili przemieniając w pełen ekspresji
ton.
Otwieram oczy, wciąż trzymam w
dłoniach kawałek serca zmarłego poety i myślę sobie, że ten tydzień, który wciąż
trwa choć właśnie się kończy przynosi, znów więcej niż mogłabym sobie wymarzyć.
Od poniedziałku intensywnie
pracuję, grając w spektaklach objazdowym
teatrzykiem. To niesamowite doświadczenie, które uczy mnie wytrwałości … i radosnej
ufności dziecka. Uczestnictwo w takich spektaklach od strony „występującego” to
bezwzględne obserwatorium twarz, mimiki, emocji widowni. Widząc, w jaki sposób
rezonuje w dzieciach i ich wychowawcach każda, odgrywana chwila na scenie,
zastanawiam się jak to jest z naszym życiem.. Co z naszymi rolami? Kiedy gramy?
I kto tak naprawdę gra? Czy nie jest czasem tak, że my – aktorzy, artyści
występujący na scenie, możemy przyglądać
się naszym słuchaczom i nie dość tego że oni mają przedstawianie dzięki nam to
i my , równocześnie doświadczamy, kto wie, czy może nie bardziej „dosadnej”
sztuki ich twarzy? Bo, każdy kto wchodzi do teatru przynosi ze sobą nie tylko
swoje ciało, ale tysiące radości i smutków, zmarszczek wyciętych z gładkiego
profilu.. Gdy do czasów dzieciństwa dopiero dorastamy, kiedy nagle, podczas
przedstawienia te bruzdy istnienia ożywają, oddając w mimice wszystkie
zdarzenia i chwile naszego serca.
Kolejne dni mijają szybko. W warunkach
ekstremalnych i na ostatnią chwilę. Na szczęście udaje się przeprowadzić lekcję
gry. Dziewczynki są bardzo ambitne i pracowite co ( niestety, dodam samolubnie )
bardzo pozytywnie wpływa również na stan psychofizyczny nauczyciela :D!
Dobijam do piątku w pościgu za czasem
na rowerze między poznańskimi Winogradami - skąd zawsze startujemy bajkową trasę,
a pracownią w Swarzędzu.
- Ograniczenie do 40 ! – słyszę za
sobą zdenerwowany głos jakiejś kobiecinki. Nie potrafię stwierdzić, czy wystraszona
obywatelka mówi do mnie czy nie, lecz zmotywowana jej słowami, pobijam rekord, pokonując
wyznaczoną trasę w około 45 minut.
A tu już trzeba przygotować warsztaty
dla dzieci i przerażenie mnie ogarnia,
gdy myślę jak to wszystko poprowadzić!
Udaje mi się zamówić wszystko potrzebne
do kamishibai ( docelowo, może będziemy same robić) Bajka, dzięki nieocenionej
Martynie, również już jest w drodze. Wszystko mam.. Tylko co by tu jeszcze
zrobić, żeby dzieciom się spodobało…?
Z pomocą przychodzą skrzaty. Choć
dla nich to całkiem oczywiste, bo przecież, od tego są by pomagać ludziom, na
początku z lekką dozą nieśmiałości, decyduję się na pierwszą „niezobowiązującą”
pogawędkę. Krasnal ma na imię Stefan. Wyskakuje
pudła rezonansowego harfy, szukając przyjaciół.. Prosi o pomoc, a że do
zrobienia takiego skrzata potrzebuję, jedynie skarpety, Stefan uczy mnie jak
zrobić choćby jednego.
- Więcej skrzatów zrobimy na warsztatach
– zapewniam go i proszę by na razie z powrotem się schował w pudle rezonansowym…
Dobrze, że jesienna pogoda go na tyle
nuży, że siedzi cicho i nie wychodzi z harfy przez cały piątek, a nawet po
popołudniu, podczas koncertu w Muzeum Ziemi Nadnoteckiej, gdzie mam zaszczyt
uświetniać 100 -letni jubileusz powstania tej właśnie placówki.
Sobota jest mglista i deszczowa,
jednak w pracowni od rana świeci słońce, a mały grzejniczek radośnie bucha
ciepłą parą ogrzewając zmarznięte dłonie. Podczas gdy skrzat Stefan jeszcze ucina
sobie drzemkę przed warsztatami, szykuję, co się da;
cynamon ( planuję zagrać utwór o
takim samym tytule, taka synestezja zmysłów )
Nagle do drzwi pracowni puka, troszkę
większy od Steffana, skrzat.. Albo, lepiej, Anioł Stróż… zmartwiony czy zdążył
na bajkę.
Jeszcze czas.. . – odpowiadam i razem
zabieramy się za przygotowania. Najtrudniejszym zadaniem okazuje się być, oczywiście,
odkrycie w jaki sposób taką bajkę przedstawić.
( Na pewno za tydzień będzie
bardziej profesjonalnie, bo główna prowadząca – Martyna, rozpocznie warsztaty w
pełnej krasie) –
Kamishibai jest jak mały, przenośny
telewizorek. Po otwarciu drewnianych drzwiczek w środku okienka, ukazuje się barwny,
tajemniczy świat bajki.
Dokładnie taki.. jak z wierszy
Baczyńskiego…!
Ale.. ale zanim będzie bajka,
jeszcze parę słów o harfie. O tym jak pachnie, smakuje i brzmi cynamon… Jeszcze
akcja ratunkowa dla Stefana– wspólnie robimy skrzaty, które wychodzą, oczywiście,
wspaniale ! Najbardziej śmieszą mnie ich wielkie pyrkowate nosy ( na szczęście
nie tylko mnie i wszyscy razem się śmiejemy) Od początku w warsztatach
uczestniczy czwórka dzieci, ( w tym jedno kilkumiesięczne, ale bardzo
zadowolone w czułych ramionach swojej mamy). Na bajkę dochodzą jeszcze dwie dziewczynki.
Rozmowy przy kawie ciągną się, choć
warsztaty już się skończyły i wcale nie chce mi się zbierać…
Na szczęście, wiem, że dziś jeszcze
wrócę do pracowni, czas przygotować się na wieczór poetycki.
Zbieram uśmiechy, odwagę i siły wszystkich skrzatów do torebki i
siadam przed tomikiem wierszy Baczyńskiego..
I zaraz widzę tę łąki i pola.. i rzeki o których czytałam w bajce.. i te ilustracje pełne
szmaragdu i kwiatów, niby do poezji pisane.
- A wieczorami w prądach zatok
Noc liże morze słodką grzywą
Jak miękkie gruszki brzemieje lato
Wiatrem sparzone jak pokrzywą
Przed fontannami perłowymi noc
Winogrona gwiazd rozdaje
Znów wędrujemy ciepłą ziemią
Znów wędrujemy ciepłym
Krajem
Malachitową łąką morza
Ptaki powrotne umierają
Wśród pomarańczy na rozdrożach
(K.K. Baczyński – Znów wędrujemy)
To piosenka Grzegorza Turnaua do
słów K.K. Baczyńskiego. Choć już jest późno, w przepięknym wykonaniu brzmi wciąż
w moich uszach. Pracownia drży wzruszeniem ( chcąc nie chcąc już takim patriotycznym
uniesieniem.. ) kiedy mówimy o śmierci 23- letniego poety, żołnierza, męża..
Poezja Baczyńskiego jest przepiękna..
zdaje się mnie zespalać wewnętrznie, przenikać.. łączyć.. I nie żal czytać jeszcze
i jeszcze, co nie co dogrywając pomiędzy.. Tylko tak, by nie zepsuć tej ciszy.
Ona ma najprzyjemniejszą melodią… Tuż przed i tuż po… Jeszcze kilka utworów,
poezji, przygotowanych specjalnie, dodatkowo, ulubionych... Wybrzmiewają w ustach
tych co chciały czytać.
Na prośbę, wyszukuję z repertuaru Ewy
Dymarczyk „Wiersze wojenne”.. Gdy gaśnie ostatni krzyk, szukam oddechu zagubionego
w toni.. Myślę… A to niebo wciąż jak na dłoni.. I bliżej i bliżej, wciąż bliżej
w oczach ludzi, których znów czas nie znużył, by ponownie przyjść…
Oni tu wrócą.. do pracowni… ci
wędrowcy powrócą…
A ja myślę, że to ma sens. Piękno..
Że wartość słów jest czasem przenikliwsza niż błękit. Gdy Baczyński zdążył
napisać oko 500 wierszy.. Pewnie się zastanawiał, czy przeżyje wojnę? Pewnie się
zastanawiał, jak to będzie...? Ale najpewniej nie myślał o tym, czy o tamtym, gdy
kuląc się w jakimś zimnym pokoju, ukrywając w ruinach, kładąc życie swoje na
gruzach zbombardowanych domów.. Gdy tam zamykał oczy, by śnić o niebie złotym,
o iskrzących się w źrenicach jezior gwiazd – jak winogron kiść przypiętych do
nieboskłonu taśmą szczerozłotą… Droga mleczna, po której wystarczy iść.. I tak
wędrować pośród zamieci.. Gdy każda epoka, każdy z nas ma swoje wojny, ruiny i
niemy, opadający w lepką ziemię krzyk.. i ciepły kraj, malachitową łąkę mórz..
uBoga
Komentarze
Prześlij komentarz