6.10.2024
Mija pierwszy tydzień od otwarcia. Choć jestem zmęczona, to był wspaniały czas. W pracowni uczę się wdzięczności, radości pomimo wszystko, wytrwałości i przede wszystkim, pokory.
Pierwszymi gośćmi okazały się dzieci, które szybko odkryły,
że w tym małym lokalu przy placu, można dostać ciastko za darmo. Najbardziej
spodobało się dwóm chłopcom z cygańskiej rodziny. Z każdym dniem wchodzą
śmielej, przychodzą po ciastko, jednak zanim poproszą o nie, chcą poczytać.
Czytamy na głos, śpiewamy, gramy na harfie. Uczymy się pisać. Dżamilo i
Walentino – tak mają na imię (chłopcy, wybaczcie, jeśli, używam złej pisowni) – uczą się polskiego, ja romskiego. Do tego stopnia
się rozgościli, że gdy, w piątek, przyjechała moja mama, Walentino zdziwiony zapytał
się jej – Pani jest tu nowa?
Choć zepsuło się ogrzewanie, to serca wchodzących do
pracowni ludzi, są tak gorące i życzliwe, że szybko zapominam, że jeszcze przed
chwilą było tu zimno.
Można płacić kartą, telefonem, blikiem, ( a nawet oczami –
te płatności, pełne wzruszeń cenię najbardziej..
Pozostają na długo i nigdy się nie wyczerpują. )
Piękna naklejka i kwietne girlandy ozdobiły wejście. Ludzie
przechodzą, zatrzymują się, czytają, są ciekawi „co to za miejsce”. Zastawiam się jak dotrzeć do nich, jak
zachęcić do wejścia do środka. Muszę jeszcze nad tym popracować. Na razie udało
mi się roznieść trochę ulotek, nawet do „konkurencji” – przepięknej kawiarenki na
rynku w Swarzędzu. Przeprowadziłam ciekawą dyskusję z księdzem proboszczem
pobliskiej parafii, który zainspirował mnie, opowiadając swoją historię.
Im więcej rozmawiam z ludźmi, okazuje się, że poezja jest w
wielu z nas. Bardziej, lub mniej ukryta… To te wszystkie okolice, przepełnione
Stwórcą, obfite w piękno, dobro, codzienną wrażliwość, miłość, czułość.
Przyjechali do mnie goście prosto z Anglii, kupili książki,
wypili kawę. Bardzo im się podobało.
Czuję ogromne wsparcie. Obecność mojej rodziny, jest
wzruszającym dowodem na to, że dopiero wtedy, kiedy tworzymy coś razem, jest
szansa na to, by przezwyciężyć samych siebie, trudności i lęki. By wyjść do
świata.
A świat pełen jest zachwytów i nieoczywistości. To jak
wspaniała baśń, która tworzy się co dzień i pomału. Wytrwałością i uczciwą
pracą.
Na koniec, w sobotni wieczór, przy wieczorku poetyckim, sam
Norwid zagościł . Była nas garstka. Moja mama i tata, chrzestni z Częstochowy, jeden
pan z Zielińca, krawcowa, która kompletnie nie spodziewała się, że trafi do
pracowni. Wychodząc na spacer z psem modliła się, by nie być tego wieczoru sama…
Nagle, spotkała moich rodziców, którzy jechali właśnie na wieczór poetycki. Potem,
siedząc na bujanym fotelu wiele razy się wzruszyła. Jeszcze jedno wspaniałe
małżeństwo, które zachwyca mnie swoją obecnością i niesamowitym wsparciem…
Wydarzyła się też niesamowita rzecz podczas czytania „Fortepianu
Szopena”. Do pracowni wszedł nieznajomy. Nie za bardzo, chyba, orientował się
gdzie jest i co się dzieje. Za nim wszedł kolega. Zachowywali się głośno i
niezbyt kulturalnie. Nie zastanawiali się zbytnio, czy przeszkadzają, czy nie. Po
chwili zamieszania usiedli. Recytowałam wtedy, pełnym wzruszenia głosem, co
jakiś czas patrząc na nich. Nie zostali na długo. Jednak ich spojrzenie, pełne
zdziwienia… wywarło na mnie ogromne wrażenie. Mogę przysiąc, że przeżyli coś
innego, nowego, coś, co zdumiało ich i na moment wyrwało z codzienności. Czy
chcieli więcej? Poezja C. K. Norwida, ciepło pracowni, drżące struny harfy, to
wszystko, jakby nie z tej planety… Melodia recytującego głosu… Gdy teraz to
piszę, wciąż mam dreszcze i zastanawiam się, jak wielki i niezgłębiony jest świat
sztuki.
Uczę się pokory, pisałam na początku… Kwitną motyle w słoiku..
Pachnie, niedopieczone ciasto… A ja czekam, siadam do instrumentu, lekko drżą
palce, kiedy mała grupka, zebranych na wieczorku gości prosi bym zaśpiewała
swoją piosenkę.
Szarpię lekko struny. Melodia jest cicha i głos mi drży..
U Boga mam wszystko… - gdy kończę słyszę aplauz. Poderwani emocjami,
szczerą życzliwością i zachwytem krewni – bo tak chcę ich nazywać… kimkolwiek
są i skądkolwiek przybyli. Wszyscy są gośćmi, krewnymi… przyjaciółmi – wstają,
klaszczą, dziękują.
Brakuje mi słów. W ustach czuję najcenniejszy smak
wzruszenia.
Uśmiecham się i oni się uśmiechają.
Cokolwiek się wydarzy. Wiem, że się uda, gdy wszystko zawierzam
w ręce Boga.
On Będzie wiedział…
uBoga
Komentarze
Prześlij komentarz