20.10.2024

- Czym się Pani zajmuje?- po dziejszym koncerie w Muzeum Ziemi Średzkiej w Koszutach, jedna Pani podchodzi do mnie i pyta.

- Jestem artystką.. 

- Ale tak na co dzień..? - kobieta jest na tyle podekscytowana, że przerywa, próbując samodzielnie wytłumaczyć, o co mi chodzi. "No dobrze.. Artystką to sobie może Pani być po godzinach.. ale co tak poza tym?"

- Piszę, gram, śpiewam... To mój zawód. Zajmuję się poezją, sztuką... Zajmuję się codziennością. Pielęgnuję jej rozkwit! Staram się  tworzyć poprzez zachwyt, kochać dostrzegając więcej... Odczuwać, w sobie ćwicząc wrażliwość na wszelkie zmysły. 

Teraz, gdy wciąż się uśmiecham, choć zmęczenie bierze górę i już parę razy przysnęłam  w trakcie pisania, myślę o kolejnym tygodniu spędzonym  w pracowni. Jak szybko mija czas!
Pędzi niczym wiatr! Lecz... O dziwio, jego pęd ostatnio przestał  mnie przerażać. Zamiast wciąż się bać, w konarach rozłożystych drzew chowam twarz i ramiona podnosząc wraz z nimi, wołam, by i mnie porwała, ta siła nieskończona!

I tak daję się codziennie nieść wyzwaniom podrzucanym jak wielobarwny latawiec, podmuchami tego wiatru na bezkresie nieba.. Aż po błękit wytrwale jaśniejący na horyzoncie. 

Myślę nad odpowiedzią, którą dałam tej kobiecie. Zastanawiam się czy była wyczerpująca. Pewnie nie...  Jednak ni mogłam powiedzieć nic innego... Gdy mija kolejny tydzień tego, całego, szalonego, artystycznego ogarniania, planowania, przygotowywania... Rozkwita przede mną pięknem wspomnień, działań, dążeń i efektów... Szukając ludzi odnajduję anioły... W jednej twarzy dostrzegam te miliardy spojrzeń, wrażeń... Jest nas wielu! Zachwyt i radość przenika moje serce, za każdym razem, gdy widzę jak otwierają się drzwi pracowni. 

- W czym mogę pomóc? 

Pytam i wcale mnie to nie nudzi! 

Pojawiają się goście, którzy wracają. Znam już ich uśmiech. Zamawiają kawę, nie przejmując się, czy jest rozpuszczalna. Nie śmieją się ze mnie, gdy podając w drżących z przejęcia dłoniach, dodaję smak wzruszenia, prosto z serca, ufając, że to najlepsza "przyprawa" i niczym nie "zaklęta"... 

Walentino i Dżamilo przyprowadzają jednego z wielu swoich braci. Nie mogę się nadziwić, jak w trójkę siadają, każdy na "swojej" kanapie. W małych rączkach trzymają grube księgi... Nie przejmują się zbytnio, czy coś z tego zrozumieją... Czytają... Gdy jeden coś głośniej powie, karcą się sami za hałąs i, że "nie mogą się skupić".  Może powinnam podsunąć im książkę, bardziej adekwatną do ich rozmiarów? Ale dlaczego? Wiem, że ten właśnie fakt, że mogą sobie wybrać najgrubsze tomisko sprawia im ogromną radość.  Trzymanie książki w ramionach, okazuję się być  samo w sobie tak zjawiskowe i przyjemne! Nie przesadzając mogę powiedzieć, że wystarczy waga literatury, niby kolejna dziedzina z arte-terapii. Kontakt z łagodnym ciężarem wiedzy, papieru, zapachu... To ekscytująca podróż do świata zmysłów, pobudzająca wszystkie komórki w naszym ciele! (Może powinnam się zastanowić nad takimi warsztatami... Z trzymania i kontaktu z papierowym dziełem...)

Powstaje pierwszy rozdział w notesie na wiersze. Jeden z chłopców starannie pisze: "Dawno, dawno temu..." Nie muszę cukeirkiem go zachęcać, by kiedyś powrócił i dokończył swoje dzieło. 

Smak królewskiej szarlotki i ciasteczkowego brownie przyciąga nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Jestem podekstyczowana mogąc zrobić kawę, porozmawiać. Choć kawę podaję tylko we filiżankach i nie mam opcji "na wynos"... 

- Gdyby Pani miała tą opcję na wynos, raczej by mnie Pani tutaj nie zatrzymała - rozmawiamy chwilę, gdy zamawia kawę. Jej piękne oczy, patrzą pełne miłego zaskoczenia. Zostaje na dłużej.. Gdy wychodzi, obiecuje, że wróci... Z poezją w sobotę, chce spotkać Słowackiego... 

Myślę ile może zdziałać jedna kawa, na którą starcza czasu... To znowu ten wiatr, pędzący wśród drzew... i dziwna pewność, że mamy go więcej... Wystarczy otworzyć ramiona i pozwolić się nieść.. 

W pracowni znajduję motyla! To paź królowej... To cud dobrego grosza wrzuconego w niezdarne ręce uBogiej.. 

Spotykają się dwie harfy na zajęciach muzyki... Duża pedałowa i mała, haczykowa... Duża pochyla się nad małą.. - sprobuj zagrać całym ciałem.. Jeden dźwięk.. Kazdy kolejny., powstaje najpierw we wnętrzu..  Pracownia rozbrzmiewa... Słyszę dźwiek wiolonczeli... Długie rozmowy, o wyprawach do Grecji, o marzeniach, improwizacje na strunie g. Chłonę wdzięczność wszystkich poetów, którzy zawracają, przystają, dostrzegają.. 

Przejęta pielęgnuję w sobie te spotkania, niiecierpliwie pragnąc więcej. 

W tle gra cichutko jazzowa playlista. Wieszam plakaty, uczę się patrzeć sercem... 

Wciąż myślę nad idealnym rozwiązaniem oferty. Czy wydarzenia mają być biletowane? A może jednak wstęp wolny..? 

Przychodzi mi do głowy  pewne porównianie. Podrzucił mi je przyjaciel, jeszcze zanim otworzyłam pracownie. Opowiedział historię butelki z wodą, której wartość zmienia się w zależności od lokalizacji jej sprzedaży.  I tak woda w sklepie kosztuje trzy złote, na silowni sześć, w restauracji dziesięć, a w samolocie potrafi nawet kosztować szesnaście...
W całym tym porownaniu chodzi o poczucie własnej wartości, uzależnione od świadomego i dokonanego w całkowitej wolności umiejscowienia samego siebie w czesie i przestrzeni. Gdy inni próbują nas, dosłownie "nabić" w butelkę, chcąc byśmy robili to, czy tamto, zachowywali się jakoś, lub wybierali takie, a nie inne drogi życiowe, pomimo, że relizujemy, kolejno wytyczone cele, nie są one "nasze" tak do końca. Kiedy przychodzi kryzys, łatwo się poddajemy i nie wierzymy, że możemy więcej.  

"A czy jest jakaś woda, która nie kosztuje nic?"

Pytam wciaż, jak i wtedy zapytałam, znając wartość nieskończoną odmierzaną miarą sił brzmiących tam gdzie Góra Błogosławieństw. 


uBoga

Komentarze

Popularne posty